Leżajsk

Sanktuaria Maryjne

Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia w Leżajsku

Bazylika Zwiastowania NMP w Leżajsku – wzniesiona w miejscu, gdzie według tradycji ukazała się w 1590 roku Tomaszowi Michałce Matka Boska. Sprawują nad nią opiekę ojcowie bernardyni.

Pierwotny kościół drewniany został wzniesiony w 1594 r., zaś murowany w 1610. W 1608 do Leżajska sprowadzono bernardynów. Obecny, wczesnobarokowy kościół powstał w latach 1618-1628 z fundacji marszałka nadwornego koronnego Łukasza Opalińskiego. Wystrój wnętrza kościoła został wykonany głównie przez artystów, którzy byli ojcami bernardynami. Autor planu kościoła właściwie do dziś nie jest znany, wiadomo jedynie, że nad całością budowy czuwał ojciec Zygmunt Niepołomski, choć Adam Miłobędzki na podstawie badań porównawczych przypisuje autorstwo włoskiemu twórcy Antonio Pellaciniemu, który pracował wcześniej w Lublinie. Kościół ma 60 metrów długości, 26 metrów szerokości i 28 metrów wysokości. Może on pomieścić 5 tysięcy ludzi. W roku 1637 zbudowano ołtarz, a nieco później bogate zdobione stalle oraz ambonę. W roku 1675 kościół otoczono wysokim murem, aby chronić go przed najazdami tatarskimi. Od 1928 bazylika mniejsza, zaś w 2005 r. zabytek uznano za pomnik historii.

Tomasz Michałek

Historia leżajskiego sanktuarium jest nieodłącznie związana z osobą Tomasza Michałka. To jemu wyjawiła swą wolę Najświętsza Panienka. Nie mamy zbyt wielu pewnych informacji na temat osoby wizjonera, alewiemy na pewno, że pochodził z Giedlarowej i że pracował w jednym z leżajskich browarów. Ponieważ ludzka ciekawość zawsze pragnie dowiedzieć się czegoś więcej,  z czasem uformowała się pobożna tradycja związana z początkami sanktuarium i osobą Tomasza Michałka. Tradycję tę utrwalił na piśmie bernardyński kronikarz i kaznodzieja, o. Ludwik Janidło, działający w XVII wieku. W polskim przekładzie tekstu „Cathalogus”, dokonanym przez o. Kazimierza Żuchowskiego, czytamy:

„Ponieważ Bóg wybrał słabych i pogardzanych, aby zawstydzić mocnych, dlatego i w naszych czasach wybrał Bóg człowieka słabego i niskiego pochodze­nia, ale znakomitego cnotami, Tomasza Michałka, mieszkańca Leżajska, z wio­ski Giedlarowa, syna rodziców niskiego stanu. Tomasz, kiedy był młody, nie postępował lekkomyślnie. Do szkoły uczęszczał pilnie, bo chciał nauczyć się czytać. I osiągnął to, ponieważ potrafił czytać modlitwy z polskiej książeczki do Błogosławionej Dziewicy. Z czasem przybył do Leżajska i mając lat przynaj­mniej 14, a raczej więcej, z wielką skromnością spełniał różne obowiązki i po­sługi u obywateli Leżajska. Tutaj, w Leżajsku, jako dorosły szukał środków do życia w zawodzie piwowara. Równocześnie nie zaniedbywał niczego, by zacho­wać przykazania Boże i wznosić myśl do Boga przez trwanie na nieustannych modlitwach. Tutaj się ożenił i żył z żoną uczciwie zajmując się sprawami domo­wymi. Z ludźmi żył dość pogodnie i spokojnie. Kiedy zdarzyło się, że wszedł do domu ucztujących, nigdy nie wypowiadał słów, które mogły by urazić uszy nie tylko pobożnych, lecz nawet żyjących swobodniej. A jeżeli musiał dłużej tam pozostać, zachowywał się wobec wszystkich bardzo skromnie. Rozmawiał wów­czas nie o sprawach światowych, lecz o tym, co dotyczyło sprawy, którą chciał załatwić, lub o sprawach świętych i pobożnych. Nie przebywał też niepotrzeb­nie zbyt długo, lecz załatwiał sprawę szybko i zaraz odchodził. Nie było w nim, człowieku uczciwym, jakiegoś niepokoju, błaznowania, zniesławiania, obmowy. Nie było w nim jakiegoś fałszu, bo o środki do życia starał się, jak powiedziałem, przez pracę fizyczną i zawodową. Nigdy nie kłócił się z sąsiadami ani z żoną, chociaż prowadziła życia swobodne. Mimo różnych kłopotów spędził z nią jakiś czas, wykazując wiele cierpliwości. Należy pobożnie uważać, że Najlepszy i Najwyż­szy Pan pozwolił mu żyć z żoną, aby było to oczywistym dowodem jego cierpliwości. Nie długi jednak okres czasu ciemno­ści mogły mieszkać ze światłem. Skorupa przesiąknięta złym życiem, światowymi rozmowami i innymi wzajemnymi układami zachowała odrażającą woń. Opuściła więc męża, człowieka pobożnego, uczciwego, czystego, skromnego i szczerego, a równocześnie sama została opuszczona przez Boga. On [Tomasz Michałek] szukał jej i znalazł ją. Namawiał do powrotu, lecz nie potrafił jej prze­konać. Skoro więc spostrzegł, że niemożliwe jest zamieszkanie z kobietą nierząd­ną, będąc człowiekiem pracowitym i czując się wolny od ciężaru życia małżeń­skiego, oddał się zaraz całkowicie i szczerze służbie Bożej, nieustannym mo­dlitwom i pobożnym uczynkom. Dlatego częściej wczesnym rankiem chodził do kościoła i tam całe serce przed Bogiem wylewał, a kiedy było to możliwe ucze­stniczył w przejmujących misteriach Mszy Św., nawet w dni powszednie (w dni zaś nakazane przez Kościół, tzn. w święta i w niedziele widziano go cały dzień klęczącego nieruchomo przy progu świątyni). Zdarzało się, gdy wypełniał obo­wiązki piwowara, że niekiedy słysząc głos dzwonu na podniesienie hostii kon­sekrowanej schodził do kościoła, by uczcić Najświętszy Sakrament. W tym czasie powierzając wszystko Bogu, któremu ufał i którego uważał za opiekuna, nie po­nosił nigdy żadnej szkody i nie czuł się narażony na jakiekolwiek niebezpieczeń­stwo. Bóg Wszechmogący znając jego prostotę i prawe serce uczynił go miłym w oczach ludzi. Stało się to dzięki jego rzetelnej pracy piwowara, za którą nie wymagał większej zapłaty, niż zasłu­giwała, a nawet otrzymywaną zapłatę przeznaczał na pobożne cele. Był miłym dla innych także dzięki skromnemu życiu, gdyż zachowywał niezwykły umiar w jedzeniu i piciu, wreszcie dzięki niewypowiedzianej łagodności, z powodu której nie widziano, by gniewał się, gdy zwracano się do niego przykrymi słowami. Był miły nie tylko dla ludzi, lecz także dla Matki Najświętszej.

Opowieść o Tomaszu Michałku należy traktować jako przepowiadanie Dobrej Nowiny o miejscu szczególnie wybranym przez Boga.

Łukasz Opaliński

Łukasz Opaliński z Bnina herbu Łodzia przyszedł na świat 14 maja 1581 r. jako syn Andrzeja Opalińskiego, marszałka wielkiego koronnego i Katarzyny z Kościeleckich. W 1590 r. Łukasz odziedziczył po ojcu starostwo leżajskie. Ojciec w testamencie poprosił syna, aby ten nie uciskał swych podwładnych i żył w zgodzie z sąsiadami, a także pojął za żonę wskazaną kandydatkę. Spełnienie tych warunków okazało się dość trudne. Łukasz poślubił najpierw Annę z Pileckich, późniejszą współfundatorkę świątyni, a po jej śmierci jeszcze dwie inne damy. Utrzymanie pokoju też nie należało do prostych zadań, ponieważ starostwo leżajskie sąsiadowało z ziemią należącą do Stanisława Stadnickiego, zwanego (z powodu jego charakteru) Diabłem Łańcuckim. Między sąsiadami wybuchła wojna, którą barwnie opisał Władysław Łoziński w książce Prawem i lewem. Łukasz Opaliński złożył przyrzeczenie, że jeśli uda mu się pokonać Stadnickiego, postawi w Leżajsku murowany kościół (właśnie taki, jakiego sobie życzyła Najświętsza Panienka). Diabeł Łańcucki został ostatecznie pokonany 26 sierpnia 1610 r., ale wojna sąsiedzka przyniosła Opalińskim duże straty. Musiało minąć kilka lat, by Opalińscy odzyskali równowagę finansową, a po ośmiu latach od zwycięstwa rozpoczęto budowę okazałej świątyni i murowanego klasztoru.

Kiedy zwiedzamy leżajską bazylikę, warto udać się za ołtarz główny, by choć na chwilę uklęknąć przy krzyżu cudownie ocalałym z pożaru. Pielgrzymi pocierali o niego najróżniejsze przedmioty kultu, dziś najczęściej pocierają o gablotkę zwykłą chusteczkę, która ma nabrać cudownych mocy. Wszyscy wiedzą o wspomnianym pożarze i o cudzie, ta świadomość przyciąga ludzi na to miejsce. Wiemy też zazwyczaj, że ten krzyż jest pierwszym obiektem kultu, postawionym na miejscu objawień Najświętszej Maryi Panny…

Kiedy Tomasz Michałek udał się do władz miasta i do leżajskiego proboszcza, ks. Wojciecha Wyszograda, aby przekazać im objawioną wolę Najświętszej Panienki, nie tylko spotkał się z niewiarą, ale trafił na jakiś czas do więzienia. Legenda głosi, że to anioł go uwolnił, podobnie jak kiedyś św. Piotra. To cudowne wydarzenie nie spowodowało rozpoczęcia budowy kościoła, o który prosiła Matka Boska. Michałek najprawdopodobniej nie był w stanie uzbierać odpowiedniej sumy pieniędzy, więc na miejscu objawień postawił krzyż. Ludzie tłumnie nawiedzali to miejsce i doznawali cudów. Nie spotkało się to z aprobatą miejscowego proboszcza, który na kazaniach zakazywał skłaniania się ku „nowym rzeczom”. Gdy to nie pomogło, postanowił sam rozwiązać problem. Konno udał się do boru, gdzie podpalił laski przybyłych pielgrzymów, licząc na to, że spłonie także krzyż. Krucyfiks został ocalony, ale także ten cud nie zmiękczył sumienia ks. proboszcza, który niedługo po tym zdarzeniu zachorował i zmarł w drodze do lekarza. „Boża Męka” ocalała nie od zwykłego ognia, ale…  od płomienia ludzkiej zazdrości.